Piłka Nożna w najlepszym wydaniu, głównie tym angielskim, hiszpańskim oraz reprezentacyjnym.
RSS
czwartek, 22 kwietnia 2010
Sen się spełnił na San Siro

Marzenie się spełniło... We wtorek koło południa prawie siedemdziesięcioosobowa ekipa Fan Club Barca Polska dotarła do Mediolanu. Wśrod uczestników wyjazdu byli już tacy, którzy wcześniej wiele razy widzieli poczynania Barcelony na własne oczy, ale byli też tacy jak ja, ktorzy czekali 19 lat na to by, bo z trybun po raz pierwszy w życiu zobaczyć grę swoich ulubieńców. Dodatkowych emocji dodawało to, że mój pierwszy wyjazd na mecz, był wyjazdem na półfinał Ligi Mistrzów do Mediolanu, na San Siro.
Jeszcze kiedy byłem małym chłopcem, niekiedy kładąc się do łóżka marzyłem o tym by kiedyś być przynajmniej raz na trybunach stadionu, kiedy w Champions League będą mierzyły się dwie znakomite drużyny. Dwa dni temu jedno z moich marzeń się spełniło... ale zacznijmy od początku, od godzin południowych kiedy przybyłem wraz z polskimi fanami pod samo San Siro...

Konstrukcję stadionu widać było już z daleka, dojeżdżając wszyscy spoglądali w tamtą stronę z myślą o tym, że za nieco ponad 10h tamto miejsce będzie epicentrum piłkarskiego świata. Autokar zaparkował w strefie wyznaczonej dla przyjezdnych, jakieś 200m od bram stadionu. Po wyjściu natknęliśmy się na grupkę czarnoskórych, którzy za 5 euro, byli w stanie sprzedać różnorakie gadżety związane z wieczornym spektaklem. Większość jednak ominęła ich szerokim łukiem i po krótkiej sesji przed San Siro, w grupach udaliśmy się do centrum miasta- Duomo. Mi tuż po wyjściu z autokaru wpadła w oko cztero osobowa hiszpańska rodzinka ( dwoje rodziców z dziećmi w wieku może 5, 6 lat). Przyjechali oni autem prosto z Katalonii, każdy członek miał na sobie koszulkę Barcy, z nazwiskiem innego piłkarza na plecach.
Idąc kawałek pieszo zaczęliśmy czuć atmosferę spotkania. Okazało się, że połowa Mediolanu, ta czerwono- czarna ( fani AC Milanu) była całym sercem za naszą drużyną. Co kilka kroków fani rosso-nerrich pokrzykiwali w naszą stronę "vamos", "forca Barca" itp. itd.. Co ciekawe wśród wspierających nas były nawet 70 letnie babcie i dziadkowie... Atmosfera rosła z każdym wykonanym krokiem w stronę centrum, sami nie wytrzymaliśmy i postanowiliśmy, że dojedziemy metrem, w końcu żyjemy w Polsce, więc metro dla nas to atrakcja niemała ;).
Nasza podróż tym obcym dla nas Polaków środkiem transportu, zakończyła sie na stacji Duomo czyli w samym sercu Mediolanu. Wychodząc ze stacji metra, zaparło dech w piersiach po raz pierwszy... po lewej olbrzymia mediolańska katedra, po prawej słynny mediolański pasaż, z równie słynnymi butikami świata mody, a na wprost ogromny plac. Plac zamienił się w centrum przedmeczowego spotkania fanów Interu i Barcy. To co widziałem było dla mnie nie do ogarnięcia. Chwilę po rozgoszczeniu się na placu podeszło do nas (kręciłem sie po placu z kolegą ;)) dwóch fanów Interu i zaproponowało wspólne zdjecie... Niesamowite było to jak kibice obu drużyn, które za kilka godzin miały stanąć do walki o finał Champions League, zachowują się  wobec siebie. Wspólne przyśpiewki, zero chamstwa i nadmiernej wrogości wobec siebie, wspólne żarty, wspólne zdjęcia, jedna wielka kolorowa fiesta niebiesko-czarnych i bordowo-garanatowych w mediolańskim cenrtum.
Czas mijał nieubłaganie szybko, około 20 minut rozmawiałem, z kibicem Interu, który przybył by wspierać swoją ekipę z... Malty. Rozmowa w miłej, zabawnej atmosferze, a maltański kibic Interu na koniec poprosił bym zadzwonił do Guardioli i powiedział mu, żeby Barca dała w końcu komuś coś wygrać. Tym zabawnym akcentem pożegnałem się z nowym kolegą, bo czekały na mnie kolejne ciekawe przygody... Udaliśmy się w końcu na włoską pizzę, restauracja, w samym centrum, chwilę po nas przybyło do niej czterech Katalończyków. Natychmiast rozwiesli duża flagę w barwach Blaugrana obok swojego stołu, po czym nawiazaliśmy kontakt i wspólnie dyskutując o naszym ukochanym klubie razem delektowaliśmy się włoską kuchnią. Tuż przed wyjściem podszedł do nas właściciel restauracji, jak się okazało fan Interu... poprosił nas abyśmy stanęli z nim do wspólnego zdjęcia pod katalońską flagą.
Miła sytuacja spotkała nas również chwilę później, w samym środku pasażu handlowego ponownie stanęliśmy do wspólnego zdjęcia z fanami Interu, tym razem stworzyliśmy nieco większa grupę ( w sumie było nas spokojnie ponad dwudziestu) i to chyba wzbudziło podziw turystów, którzy zbiegli sie wokół nas i zaczęli nam robić zdjęcia, jakby widzieli coś nadzwyczajnego w tym, że kibice, walczących o finał drużyn stoją ze sobą i pozują do wspólnego zdjęcia :) Chwilę po tym żuchwa opadła mi na podłożę kolejny raz. Gdzieś za plecami usłyszałem włoskie, damskie głosy, które z tego co udało mi się zrozumieć ( bo wypowiedziały kilka razy słowo Barca ;D ) coś tam szeptały między sobą o moim ukochanym klubie. Odwróciłem się i zobaczyłem 3 ( urodziwe :)) ) Włoszki, w wieku może 17-18 lat. Podstawowe pytanie, które musiałem im zadać brzmiało: "Inter or Milan"...a wszytskie trzy jak jeden mąż, odpowiedziały mi natychmiast "Inter!", więc był to najlepszy pretekst tego dnia by zrobić sobie z nimi wspólne zdjęcie.
Gdzieś po 16 zebrała się nas ( polskich fanów Barcy) większa grupka na trawniku w Duomo i siedząc tak przez kolejne chyba dwie godziny podziwialiśmy jak centrum Mediolanu żyło meczem. Ja kupiłem sobie wtorkowe wydanie " La Gazzetta dello sport". To, że pisana jest ona w języku włoskim w niczym mi nie przeszkadzało. Wszytsko za sprawą kibiców Interu, którzy szybko przetłumaczyli nam włoski na angielski.

Koło godziny 18 przyszedł czas by pożegnać się z Duomo. Poszliśmy na przystanek tramwajowy i po chwili z oddali widać było zbliżający się tramwaj z napisem "San Siro". Po wejściu czekała na nas grupa kibiców Interu, więc postanowiliśmy umilić sobie drogę wojną na przyśpiewki, co wyraźnie spodobało się bezstronnym osobom zasiadającym w tramwaju. Dojechaliśmy w końcu pod samo San Siro, które oblegane było już przez tysiące kibiców, trzymających wejściówki w rękach i czekających na otwarcie bram. My udaliśmy się do autokaru pozostawić zbędne rzeczy i wziąć bilety. Przez bramki przeszliśmy błyskawicznie i skierowano nas do jednej z kolumn, z których słynie San Siro, którą udaliśmy się na sam szczyt stadionu. O 18:30 byliśmy już wewnątrz San Siro, stadionu który dla wielu z nas był znany stylko ze zdjęć, przekazów telewizyjnych czy gier komputerowych. Atmosfera na tym 80cio tysięczniku rosła z minuty na minutę. Ja wyczekiwałem na moment kiedy po raz pierwszy zobacze swoich ulubieńców na własne oczy.

Gdzieś koło 20:00 na rozgrzewke wybiegli zawodnicy Barcy. Wszystko było dokładnie tak jak sobie to wymarzyłem kiedy byłem małym chłopcem. Nagle murawa opustoszała, spojrzałem na telebim, a na nim godzinę 20:38. 7 minut później moje marzenie się spełniło... piłkarze wyszli na murawę, rozbłysło dziesiątki tysięcy fleszy, wspaninała kartoniada mediolańskich fanów, podniosła się wrzawa i w końcu zabrzmiał hymn Champions League. Chwilę później sędzia zagwizdał po raz pierwszy i wtedy poczułem, że marzenie po 19 latach życia się spełniło.

Tego co działo się podczas meczu opisywać nie będę, bo jest to nie do opisania. Dla Włochów i Hiszpanów piłka nożna to wyraźnie coś ważniejszego niż religia. Wśród 80 tysiecy kibiców na San Siro, dostrzec było można fanów w różnych przedziałach wiekowych. Nie brakowało na trybunach wielu kobiet, dzieci, czy też babci i dziadków, którzy wspierali swoje drużyny, co dla nas w Polsce jest rzeczą niewyobrażalną. Cała atmosfera przed meczem na mediolańskim Duomo była fantastyczna, zero wrogości, wielki szacunek i wspólna zabawa fanów. Po końcowym gwiazdku, kiedy w pierwszym meczu rywalizacji o finał Barcelona poległa 3-1 pomyślałem sobie o hiszpańskiej czteroosobowej rodzinie, o której pisałem na początku. Przebyła ponad tysiąć kilometrów by zobaczyć ukochana drużynę w akcji. Pomyślałem sobie co czuli po tej porażce. Te tysiąc kilometrów przebyliśmy też my Polacy, oraz steki Katalończyków. Graczy Interu wspierali między innymi bliżej niezidentyfikowani z narodowści skośnoocy Azjaci czy też kolega z Malty. Kibicem piłki jestem od ponad 10 lat i byłem świadomy tego, że futbol to najpopularniejsza i najpiękniejsza dyscyplina sportu, która przyciąga za sobą tłumy. Wtorek 20.04 tylko mnie w tym przekonaniu utwierdził.

23:26, janek_2498
Link Komentarze (7) »
sobota, 03 kwietnia 2010
Mój wymarzony scanariusz

Mój dzisiejszy wpis trudno nazwać wpisem, jest to właściwie część mojej rozmowy z redaktorem, konkurencyjnej dla mnie strony, mufc.pl, którego przy okazji pozdrawiam. No, musiał przecież być jakiś wstęp. Aby zachować pełny realizm zupełnie nie zmieniałem treści.

''Co do terminarza, to pozwolę się z Tobą nie zgodzić, iż Chelsea ma łatwiejszy. W moim odczuciu to podopieczni sir Alexa Fergusona mają łatwiejszy plan gier przed sobą.

Teraz czeka nas wyprawa do Blackburn. Co prawda, Chelsea straciła z nimi punkty, ale drużyna ta potrafiła dziś zremisować z beznadziejnym Portsmouth. W tym samym czasie Chelsea będzie grała w FA Cup z Aston Villą, ale ligowe straty odrobi szybko, bo już dwa, czy trzy dni później zagra z Boltonem. Obu ekipom dopisuje po trzy punkty.

Następnie rozegranym derbowe spotkanie z City. Niestety na wyjeździe, ale mecz ten naprawdę można wygrać, a przynajmniej zremisować i właśnie na taki wynik postawię. W tym samym czasie Chelsea także czeka trudny, bo derbowy, pojedynek ze Spurs. Przewagą Tottenhamu będzie atut własnego boiska, na którym podopieczni Redknappa już nie raz urwali punkty Chelsea. Także w tym meczu przewiduję remis, więc zachowujemy status quo.

Następnie tenże Tottenham przyjedzie na Old Trafford. Owszem, przeciwnik ten sam. Za United przemawiają jednak aż dwa czynniki. Po pierwsze, mecz ten zostanie rozegrany na własnym stadionie, a po drugie nie będzie do dla nas pojedynek derbowy. Chelsea natomiast rozegra spotkanie na Stamford Bridge ze Stoke City, które spokojnie powinna wygrać. Nadal dwa punkty straty, pozostają dwie kolejki do końca.

Nadchodzi 37. kolejka, moim zdaniem przełomowa. Zacznę jednak od starcia United, które zagra z Sunderlandem na wyjeździe. Owszem, pamiętam, grając z nimi u siebie dość szczęśliwie zremisowaliśmy. Nawet wspólnie oglądaliśmy ten mecz. Uważam to jednak za wypadek przy pracy, więc stawiam na dość pewną wiktorię United. A Chelsea? Czeka mecz z Liverpoolem, który wówczas może mieć dość spore szanse na udział w LM. Zarówno Man City, jak i Tottenham (gra jeszcze z Arsenalem) mają gdzie, po drodze, stracić punkty, więc dla podopiecznych Beniteza ta wygrana może być na wagę złota, nawet dosłownie. W tym meczu może wydarzyć się wszystko, także wygrana Liverpoolu, na którą oczywiście liczę. A w ostatnich latach The Reds bardzo dobrze radzili sobie z The Blues. Wyobraź sobie tutaj zwycięstwo Liverpoolczyków. Coś pięknego, sami siebie pogrążają i 'oddają' wymarzony 19. tytuł mistrzowski United i zrzucają siebie z pieprzonej grzędy. Czy można sobie to lepiej wyobrazić? Moim zdaniem, nie.

Ostatnia kolejka będzie formalnością dla obu drużyn, bo United gra ze Stoke u siebie, a Chelsea, także na własnym obiekcie z Wigan. Obie drużyny wygrywają.'

Końcowy efekt? Manchester United 85 pkt., Chelsea FC 84 pkt.''


P.S. Ach, jak mi się marzy Liverpool FC sam zrzucający siebie z tej pieprzonej grzędy. Wiem, że owszem United teraz razem z The Reds tam zasiada, ale to i tak wygląda pięknie. Niezwykle.

23:32, jmormul
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 15 marca 2010
Nie wszystko jest na sprzedaż

Jako wieloletni kibic Manchesteru United byłem cholernie zbulwersowany, gdy Cristiano Ronaldo opuszczał nasz zespół. Owszem drażniły mnie jego straty, jego egoizm, do szału wręcz doprowadzała mnie jego nieporadność w meczach o wielką stawkę. Jednak trzeba uderzyć się w pierś i przyznać, że to właśnie Portugalczyk wygrał nam w sezonie 07/08 Ligę Mistrzów i Mistrzostwo Anglii. Mówcie co chcecie, ale jego w tym największa zasługa.

Potem przyszło lato 2009 roku i szokująca, pomimo trąbienia o tym przez wszystkie media, wiadomość. "Cristiano Ronaldo odchodzi do Realu Madryt!". Nie wierzyłem w to, ale po raz kolejny dała o sobie znać siła pieniądza (w postaci bajońskiej kwoty 90 milionów) i czary-mary, ktoś kto do tej pory twierdził, że jego domem jest Old Trafford, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przyznał: "Przejście do Realu Madryt to spełnienie moich marzeń." Ekhm, ekhm. Panie królewiczu. Jeszcze Pan nie zauważył, jeszcze Panu starsi koledzy nie powiedzieli, że nikomu nie wyszło na dobre odchodzenie z ManU do Realu? No cóż. Rozumiem. Chciał się Pan per Królewiczu przekonać na własnej skórze. Proszę bardzo.

Jednak Panie Ronaldo dziwi mnie kilka rzeczy:

Dlaczego odszedł Pan z klubu, który ma najlepszych kibiców na świecie (przykładem na to niech będzie chociażby powitanie Becksa, po tylu latach) do klubu w którym kibice równie szybko zakochują się w nowych piłkarzach, co odkochują?

Dlaczego odszedł Pan z dumnie podniesioną głową i transparentem w dłoni: "Spełniam swoje marzenia..."? Czy Pan myślał, że nikt nie widzi tego dopisanego małym druczkiem: "... bo tam płacą więcej"?

Niby strzela Pan dalej bramki, ale co z tego? To nie Manchester, żeby przekładało się to na zdobyte puchary. Mimo wszystko w piłce nożnej liczy się drużyna.

To był Pana wybór. Co mi przeciętnemu zjadaczowi chleba do Pańskiego życia? W chwili obecnej już nic. My nie zapominamy o swoich byłych piłkarzach, powitamy ich gdy wrócą. Jednak to jeszcze nie teraz, nie w tej chwili...

Teraz wypada Panu zanucić: "Nie wszystko jest na sprzedaż ..." (dodać: "Odszedłeś do Realu, zapomnij o zdobywaniu pucharów") i liczyć, że kiedyś Pan to zrozumie...

22:56, mr.biafra
Link Komentarze (4) »
Koniec marzeń Beckhama

To była fatalna noc, nie tylko dla Davida Beckhama, ale także dla Fabio Capello oraz kibiców reprezentacji Anglii. Kontuzji doznał zawodnik, który mógł stanowić o sile Synów Albionu. Nie chodzi już tu tyle o sam wymiar sportowy, ale o samą osobowość pomocnika występującego w Milanie.

Dramat Beckhama rozegrał się w ostatniej minucie, wygranego przez Milan 1-0, spotkania z Chievo. Najbardziej bolesny jest chyba fakt, iż David kontuzję odniósł podczas, z pozoru, niegroźnej sytuacji, nieatakowany przez nikogo. Sam uraz - zerwanie ścięgna Achillesa - jest na tyle poważny, iż na 99% nie ujrzymy Becksa na boiskach w RPA, ponieważ sama rehabilitacja zajmie co najmniej trzy, cztery tygodnie.

Pesymistyczne informacje dopływające do nas z Włoch mówią, iż przerwa w grze Becksa może potrwać nawet dłużej niż pół roku, a 'czarnowidzowie', bo tak trzeba nazwać tych ludzi, wyrokują nawet koniec kariery Anglika. Ja jednak pozwolę nie zgodzić się z nich opinią i zapowiem, iż jeszcze nie raz ujrzymy wychowanka Manchesteru United na boisku.

Wspomniany już Fabio Capello zdążył już się odnieść do sytuacji, mówiąc, iż współczuje zawodnikowi i życzy mu szybkiego powrotu do zdrowia. Zapytany o możliwość powołania Beckhama na mistrzostwa świata, odpowiedział - Musimy się rozejrzeć za kimś innym.

Teraz menedżer reprezentacji Anglii będzie musiał poradzić sobie bez zawodnika, którego piekielnie celne dośrodkowania od wielu lat budzą strach u przeciwnika.

Kontuzja skrzydłowego LA Galaxy jest kolejną fatalną wiadomością, która w ostatnich tygodniach spadła na włoskiego szkoleniowca w ostatnich tygodniach. Wszystko zaczęło się od afery obyczajowej, której głównym 'bohaterem' był John Terry. Głównym, lecz nie jedynym, bowiem w jej kontekście z gry w reprezentacji Albionu zrezygnował Wayne Bridge. To nie był jednak koniec zmartwień Capello, bowiem poważnej kontuzji doznał także Ashley Cole, którego w wyjściowym składzie Anglików miał zastąpić...Bridge.

Przypadek Beckhama może być przygnębiający nie tylko dla osób związanych z reprezentacją Anglii, Milanu, czy po prostu sympatyków Becksa. Kontuzja ta mogła spowodować smutek na twarzach wielu kibiców. Dzieję się tak, ponieważ David poświecił naprawdę wiele, aby znaleźć się w kadrze na Mundial.

Beckham, który od wielu lat był nazywany ikoną popkultury (wydaje mi się, że obecnie jego status nieco się zmienił) ponad dwa lata temu zapytał się Capello, co musi zrobić, aby otrzymać szansę powołania na Mundial. Włoch odpowiedział bardzo prosto - wrócić do gry na najwyższym światowym poziomie. Na to jednak nie pozwalała mu gra w klubie z Los Angeles.

Beckham postanowił, więc poszukać miejsca w Europie, rezygnując tym samym z długich wakacji, które miałby zapewnione grając w USA. Gry w Stanach jednak nie porzucił. Na to nie pozwalały mu zobowiązania kontraktowe. Poprosił o możliwość wypożyczenia do Serie A, do Milanu. Od klubu taką zgodę dostał, po raz pierwszy rok temu. To pokazuje jak wielką determinacją kierował się Becks. Mimo że mógł sobie pozwolić na niemal wszystko, to chciał udowodnić wszystkim niedowiarkom, iż nie jest już piłkarzem skończonym, dla którego ważniejszy jest wybieg mody niż gra w piłkę. Niestety los okazał się przekorny.

Wróćmy jednak pamięcią do 2002 roku, gdy brutalnie sfaulowanego przez A. Duschera z Deportivo niemal już wykluczono z gry na Mundialu. Występujący wówczas w barwach Manchesteru United piłkarz zdołał się pozbierać i zagrać na Mundialu w Korei i Japonii. Czyżby teraz miało być podobnie? Niewątpliwie będzie bardzo ciężko, przecież sam dałem Beckhamowi zaledwie 1% szansę na grę podczas afrykańskiego turnieju. Anglik pokazał już jednak, iż warto wierzyć do końca, bowiem dzięki temu realizacja marzeń jest prostsza.

20:57, jmormul
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 lutego 2010
Zdjęcie na dziś

Dziś nietypowo, bowiem tematem wpisu będzie zdjęcie, a w zasadzie ono samo będzie wpisem.

 

 

Fotografia przedstawia ławkę Manchesteru United przed rozpoczęciem spotkania z Aston Villą. Wszyscy świetnie widzimy, iż wszyscy zawodnicy sir Alexa Fergusona byli w dobrych humorach. Jednak czy aby na pewno?

21:47, jmormul
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 lutego 2010
Manchester bliski ćwierćfinału

Mimo dość sporych problemów na początku spotkania Manchester United zdołał pokonać AC Milan 3-2 na San Siro, dzięki czemu podopieczni sir Alexa Fergusona są już o krok od awansu od ćwierćfinału Ligi Mistrzów.

Jeszcze przed rozpoczęciem wtorkowego spotkania siła sportowa przemawiała zdecydowania z angielskim klubem, który rozgrywa już czwarty z rzędu fantastyczny sezon w Lidze Mistrzów, jednak liczby mogły wskazywać na Włochów, bowiem Czerwone Diabły jeszcze nigdy nie wyeliminiowały Rossonerrich w tych rozgrywkach.

Myślę, że warto na moment wrócić do 2007 roku, gdy Manchester rozpoczynał swoją świetną passę w Lidze Mistrzów. Już wówczas wydawało się, że droga do finału stoi dla Anglików otworem, jednak na drodze stanęli właśnie Włosi, którzy po minimalnej porażce 2-3 na Old Trafford, wprost zmietli chłopców Fergusona 3-0 na San Siro.

W pierwszych minutach wtorkowego spektaklu wydawało się, że powraca koszmar angielskich kibiców. Włosi, którzy już w 3. minucie, za sprawą Ronaldinho objęli prowadzenie, nieustannie atakowali i wydawało się, że podwyższenie rezultatu jest juz tylko kwestią czasu. Wówczas ukazało się całe piękno piłki nożnej. United zdołało przeprowadzić akcję, po której bramkę zdobył Paul Scholes, a w zasadzie jego piszczel. Myślę, że warto podkreślić, że nawet felietonista Guardiana podkreślał, iż bramka ta była niesprawiedliwa, niezasłużona.

Natomiast druga część meczu była diametralnie inna. To Manchester przeważał, kontrolował grę, wyprowadzał ataki i w konsekwencji dwie akcje wykorzystał. Rozmiary porażki zdołał zmniejszyć Clarence Seedorf. Gol ten był nieco podobny do trafienia autoestwa Scholesa, ponieważ powędrował na konto drużyny, która była w danym momencie znacznie słabsza.

Reasumując obie drużyny dobrze w tym spotkaniu, ale tylko przez 45 minut. Przewaga Manchesteru United polegała na tym, że gracze ofensywni Manchesteru United potrafili wykorzystać dwie gogodne sytuacje, zaś gracze Milanu zaledwie jedną. Obie ekipy dołożyły też po trafieniach, na które nie zasłyżyły. W konsekwencji Mistrzowie Anglii wygrali 3-2 i są bardzo bliscy awansu do ćwiećfinału.

Mimo że, już niemal, trzy lata temu Manchester także w pierwszym spotkaniu pokonał Milan 3-2, to oba wyniki są diametralnie różne. Po pierwsze, wówczas rewanż był rozgrywany na Old Trafford, po drugie Manchester zdążył już nabyć odpowiednie doświadczenie, po trzecie Milan będzie musiał pokonać United na ich własnym terenie dwiema bramkami, a tej sztuki nie potrafi dokonać niemal nikt.

 

00:45, jmormul
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 lutego 2010
United wraca do gry! Nani także!

Na samym początku chciałbym przeprosić za pewną bierność na moim blogu w ostatnim czasie, ale sesji się nie wybiera. No, ale sesja z czasem się kończy, człowiek czeka na ostateczny werdykt, więc w między czasie może coś napisać. No, to do dzieła.

Niedzielny mecz Manchesteru United z Arsenalu FC pokazał, iż podopieczni sir Alexa Fergusona mogą w tym sezonie nawiązać jeszcze walkę o mistrzostwo z Chelsea FC. Mimo że kilka tygodni temu wydawało się, że może być inaczej. O czym sam pisałem. Myliłem się.

Manchester United dzięki zwycięstwu na Emirates Stadium odniósł już drugie zwycięstwo w tym sezonie nad Arsenalem FC, który już za kilka dni w ligowym hicie spotka się właśnie z Chelsea. Z Chelsea, która z Kanonierami właśnie na Emirates wygrała pewnie 3-0. Nawiasem mówiąc muszę przyznać, iż zwycięstwo Diabłów, mimo że nieco skromniejsze było bardziej przekonujące.

Teraz, gdy najważniejsze derby Londynu zostaną rozegrane na Stamford Bridge, zdecydowanym faworytem spotkania będą piłkarze Ancelottiego. Jednak sam sir Alexa Ferguson ma nadzieję, że Kanonierzy sprawią niespodziankę i urwą punkty The Blues. - Liczymy, że Chelsea straci punkty. Arsenal mimo wczorajszej porażki jest w stanie wygrać. Mam nadzieję, że w w niedzielnym meczu z Chelsea Arsenal wywiezie komplet punktów ze Stamford Bridge - powiedział Ferguson.

Szkocki menedżer United wspomina o zwycięstwie Arsenalu, ale osobiście pozwolę się z nim wyjątkowo nie zgodzić, bowiem w tym wypadku, nawet podział punktów w tym spotkaniu byłby fantastyczną wiadomością dla klubu z Manchesteru. Kto wie, czy nawet nie lepszą, bowiem w takim wypadku punkty straciłyby obie drużyny. No, a należy pamiętać, iż chłopcy Wengera wciąż depczą po piętach zawodnikom z Old Trafford. Mają, bowiem, zaledwie 4 punkty straty.

Wracając jeszcze do samego niedzielnego pojedynku na Emirates Stadium, to przypominało ono idealnie, pojedynek obu drużyn z kwietnie tego roku. Wówczas w półfinale Ligi Mistrzów, po pierwszej połowie MU także prowadziło 2-0, by w drugiej części spotkania podwyższyć na 3-0. Zarówno przedwczoraj, jak i w kwietniu Arsenal strzelał bramkę honorową. Oba te spotkania United wygrywało 3-1. A mówi się, że nic dwa razy się nie zdarza...;).

Ogromnym pozytywem tego meczu był występ Naniego. Na Portugalczyku krzyżyk postawiło już przeszło 80% fanów Manchesteru United. W grudniu wydawało się, iż jego koniec jest bliski, ponieważ pozycja Naniego w zespole jeszcze nigdy nie była taka zła. Właśnie chyba to tak dobrze zadziałało na Portugalczyka, bowiem w niedzielę rozegrał swój najlepszy mecz w karierze w barwach MU. Takiego właśnie chcą go oglądać kibice United.

Lecz Nani formą błysnął już wcześniej. Fantastycznie zagrał z Hull i tylko cztery bramki Rooneya sprawiły, iż nie został wybrany najlepszym piłkarzem spotkania. Jego występ z City był równie przekonujący, ale już w niedzielę zasłużył na miano GRACZA MECZU.

Forma United rośnie w górę, a należy pamiętać, iż niedługo do zespołu wrócą Vidić i Ferdinand, a kto wie może i Heargraves. Piłkarze Chelsea, strzeżcie się!

19:37, jmormul
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 11 stycznia 2010
United obecnie nie ma szans na Mistrzostwo Anglii

Czy Manchester United grał już kiedyś w podobnych warunkach, do tych, które panowały, podczas sobotniego starcia z Birmingham na St. Andrews? Na pewno tak, ale bardzo ciężko jest wskazać termin i miejsce rozgrywania takiego spotkania.

Listopadowe starcie z CSKA w Moskwie było przyjemnym spacerkiem w porównaniu do tego co się działo w Birmingham. Podczas tego spotkania piłkarze po prostu musieli ubrać się ciepło, ponieważ w innym wypadku, nie daliby rady rozegrać pełnego spotkania. Ta pogoda była po prostu straszna! Tomasz Kuszczak, który rozmawiał z Stewartem Gardnerem w studiu MUTV, po meczu powiedział, że jeszcze nigdy nie grał w takich warunkach. No, a Tomek jest przecież z Polski, więc minusowe temperatury nie są przecież mu obce.

Ogólne wrażenia po tym spotkaniu mam mieszane, bowiem Manchester United rozegrał naprawdę fajną pierwszą połowę, w której bramkę stracił i słabiutką drugą część meczu, kiedy to gola udało się strzelić. Przypomnę tylko, że gracze Birmingham przeprowadzili w pierwszych 45 minutach raptem jedną akcję, którą zamienili na trafienie. Druga połówka wyglądała zupełnie inaczej. To gospodarze przeważali i tylko Tomkowi Kuszczakowi MU może zawdzięczać, że po chwili nie zrobiło się 2 czy 3-0.

Na szczęście tym razem szczęście uśmiechnęło się do piłkarzy United, którzy doprowadzili do wyrównania za sprawą bramki samobójczej.

Niestety, po raz kolejny uważam, że piłkarze z Manchesteru zagrali zdecydowanie za słabo, jak na mistrza Anglii. W moim, lecz nie tylko, odczuciu prawda jest taka, że United zachowuje szansę na mistrzostwo, tylko dlatego, że Chelsea złapała ostatnio zadyszkę, choć z drugiej strony należy pamiętać, że podopieczni Ancelottiego są wciąż liderami, dzięki słabszej dyspozycji United. Tak niby koło się zamyka. Celowo piszę 'niby', bowiem z taką grą Manchester United nie ma szans na mistrzostwo Anglii.

P.S. Zachęcam serdecznie do śledzenia losów Pucharu Narodów Afryki, który jest bezpośrednio transmitowany przez Eurosport i Eurosport 2. Niech najlepszą reklamą turnieju na 'Czarnym Lądzie' będzie wczorajsza potyczka Angoli z Mali.

19:41, jmormul
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 grudnia 2009
Albert Scanlon - sylwetka

Dziś dotarła do mnie bardzo smutna informacja - o śmierci Alberta Scanlona, który w latach 50. ubiegłego stulecie czarował swoją grą ludzi zgromadzonych na Old Trafford.

Scanlon urodził się w Manchesterze w 1935 roku w dzielnicy Hulme, która jest swojego rodzaju łącznikiem Old Trafford z Maine Road i znajduje się w podobnej odległości do obu stadionów, więc siłą rzeczy, młody Albert, wybierając zawód piłkarza musiał zdecydować się na grę w United lub City.

Scanlon w młodości zdecydował się na wybór St Wilfred’s School, która znajdowała się w Hulme i decyzja ta okazała się strzałem w dziesiątkę. Stało się tak za sprawą sir Bobby'ego Charltona, który pewnego dnia zobaczył Alberta w akcji w rozgrywkach szkolnych i zaprosił na testy do klubu.

Albert Scanlone dołączył do Manchesteru United w 1950 roku, a pierwszy profesjonalny kontrakt podpisał dwa lata później, w wieku siedemnastu lat. Na swój pierwszy występ w pierwszej drużynie Czerwonych Diabłów musiał czekać do 20 listopada 1954 roku, gdy wyszedł na boisko w wygranym 2-1 spotkaniu z Aston Villą. Warto jednak podkreślić, że młody Scanlone odnosił spore sukcesy w drużynach juniorskich klubu z Old Trafford. Mam tutaj na myśli przede wszystkim zdobycie FA Youth Cup w latach 1953 i 1954.

Napastnik Manchesteru United, bo na takiej pozycji występował Scanlon, nie musiał długo czekać na pierwsze sukcesy w 'dorosłej piłce', bowiem w sezonach 1955/1956 i 1956/1957 sięgał wraz z drużyną po mistrzostwo Anglii. W owym czasie w ataku najczęściej występował wraz z Davidem Peggiem. Sukcesy na własnym podwórku sprawiły, że Manchester United zakwalifikował się do europejskich pucharów, w których regularną szansę gry otrzymywał Albert. Zawodnik ten był także w składzie Manchesteru United na felerny mecz w Belgradzie, po którym nastąpiła monachijska katastrofa. Na szczęście, dla niego, był jednym z niewielu piłkarzy lecących samolotem, którzy nie ucierpieli w katastrofie.

Scanlon miał szczęście, bo przeżył, a jedynymi kontuzjami jakich doznał były urazy nóg (złamane kolano) oraz głowy. Po pozytywnym przejściu rehabilitacji mógł, jakby na nowo, rozpocząć karierę piłkarską. W sezon po tragedii Scanlon prezentował bardzo dobrą formę, bowiem w rozgrywkach ligowych strzelił aż 16 bramek, co bardzo pomogło zdziesiątkowanej drużynie w wywalczeniu wicemistrzostwa Anglii z sześcio-punktową do mistrzowskich Wilków.

Ten sezon był jednak początkiem jego końca na Old Trafford, bowiem już w roku 1960, po licznych spekulacjach, został sprzedany do Newcastle United. Drużynę Srok reprezentował tylko przez dwa lata, po czym przeniósł się do Lincoln City. W ekipie Lincoln nie zagrzał sobie jednak miejsca na długo, bowiem już po roku przeniósł się do Mansfield Town, gdzie grając przez trzy sezon strzelił 108 bramek. Karierą zakończył w Newport County, którego barwy reprezentował w 1966 roku.

Albert Scanlon zmarł 22 grudnia 2009 roku. Chorował na zapalenie płuc.

- Albert ma zapewnione miejsce w historii Manchesteru. Nigdy o nim nie zapomnimy - sir Bobby Charlton.

18:50, jmormul
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 grudnia 2009
Nadszedł czas Kuszczaka?

Wielkie dni w barwach Manchesteru United przeżywa ostatnio Tomasz Kuszczak, który w pojedynku z Wolfsburgiem po raz czwarty z rzędu wyszedł w podstawowym składzie Czerwonych Diabłów.

Podobną serię w zespole sir Alexa Fergusona polski bramkarz zanotował tylko raz, gdy na przełomie grudnia 2007 i stycznia 2008 występował w spotkaniach kolejno z Evertonem (2-1), Sunderlandem (4-0), West Ham United (1-2) oraz Birmingham City (1-0). Obecny bilans Kuszczaka jest jednak nieco lepszy, bowiem jego drużyna wygrała wszystkie mecze, a on sam stracił tylko dwie bramki.

Warto nadmienić, że szanse Polaka na kolejne występy w pierwszym składzie wcale nie są takie małe. Zdaniem angielskich mediów, a także Mike'a Phelana (asystenta sir Alexa Fergusona) Edwin van der Sar był już gotowy na sobotni pojedynek z West Ham United, a mimo to w bramce zagrał Tomek Kuszczak. Celowo pomijam tutaj mecz z Wolfsburgiem, bowiem występ Polaka w tym meczu był zaplanowany od dawna. Następne ligowe spotkanie Manchester United rozegra już w najbliższą sobotę - na Old Trafford z Aston Villą. W tym momencie warto by się na chwilę zatrzymać i przyjrzeć się słowom sir Alexa Fergusona, który wyraźnie powiedział, że do składu na ten mecz wróci kwartet zawodników - Vidic, Giggs, Berbatow i Rooney. O holenderskim golkiperze Szkot nie wspomniał. Czyżby był to znak, że Polak swoimi występami udowodnił, że to on powinien być nowym numerem 1 na Old Trafford? Chyba jeszcze za wcześnie na takie prognozy, ale moim zdaniem sir Alex Ferguson wystawiając naszego rodaka w meczu z Aston Villą nie będzie ryzykował niemal nic, bowiem Polak jest w wybornej formie. W mojej ocenie szanse Kuszczaka na grę z ekipą z Villa Park oceniam 50/50. Mało tego! Jeżeli okaże się, że Edwin w sobotę, z powodu kontuzji, nie będzie zdolny do gry, Polak zagra zapewne i w następnym spotkaniu, które odbędzie się w najbliższy wtorek. Stanie się tak, ponieważ sir Alex Ferguson nie będzie chciał ryzykować zdrowia van der Sara w meczu ze słabiutkim Wolves. Patrząc na to z innej strony Polak ma szansę na grę z Wilkami, nawet jak van der Sar zagra w sobotę z Villą, bowiem na początku sezonu Ferguson wyraźnie zaznaczył, że w meczach ligowych Edwin nie będzie grał co trzy dni.

Polski zawodnik wreszcie znalazł także poparcie wśród angielskich kibiców, którzy wcześniej byli sceptycznie nastawieni do talentu Polaka. Od kilku dni na popularnym w Anglii forum - redcafe.net - trwa gorąca dyskusja na temat Tomka. O ile jeszcze, po meczach z Portsmotuh czy Spurs, można było słyszeć, iż jest to jego jednorazowy wyskok i mimo wszystko, to Foster jest lepszym golkiperem, to obecnie słychać już głosy, że to Kuszczak, a nie Edwin van der Sar powinien być pierwszym bramkarzem Manchesteru United! Na Bena Fostera nie stawia już niemal nikt. Wielu kibiców przyznaje się, że ich wyobrażenie o Kuszczaku było po prostu błędne, że go niedoceniano. Kuszczak dobre wrażenie pozostawił także na angielskich mediach, które regularnie wystawiają mu dobre oceny za ostatnie występy. Zdaniem Sky Sports i Manchester Evening News, Kuszczak, gdy grał, należał do najlepszych zawodników w drużynie. A to już o czymś świadczy.

P.S. No, a reakcję Kuszczaka po bramce Rooneyna w meczu z WHU widzieliśmy już chyba wszyscy.

 

19:58, jmormul
Link Komentarze (23) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
jedyny polski serwis SSC Napoli DevilPage.pl - diabelski serwis Manchesteru United Ronaldinho 80 Polska