Marzenie się spełniło... We wtorek koło południa prawie siedemdziesięcioosobowa ekipa Fan Club Barca Polska dotarła do Mediolanu. Wśrod uczestników wyjazdu byli już tacy, którzy wcześniej wiele razy widzieli poczynania Barcelony na własne oczy, ale byli też tacy jak ja, ktorzy czekali 19 lat na to by, bo z trybun po raz pierwszy w życiu zobaczyć grę swoich ulubieńców. Dodatkowych emocji dodawało to, że mój pierwszy wyjazd na mecz, był wyjazdem na półfinał Ligi Mistrzów do Mediolanu, na San Siro.
Jeszcze kiedy byłem małym chłopcem, niekiedy kładąc się do łóżka marzyłem o tym by kiedyś być przynajmniej raz na trybunach stadionu, kiedy w Champions League będą mierzyły się dwie znakomite drużyny. Dwa dni temu jedno z moich marzeń się spełniło... ale zacznijmy od początku, od godzin południowych kiedy przybyłem wraz z polskimi fanami pod samo San Siro...
Konstrukcję stadionu widać było już z daleka, dojeżdżając wszyscy spoglądali w tamtą stronę z myślą o tym, że za nieco ponad 10h tamto miejsce będzie epicentrum piłkarskiego świata. Autokar zaparkował w strefie wyznaczonej dla przyjezdnych, jakieś 200m od bram stadionu. Po wyjściu natknęliśmy się na grupkę czarnoskórych, którzy za 5 euro, byli w stanie sprzedać różnorakie gadżety związane z wieczornym spektaklem. Większość jednak ominęła ich szerokim łukiem i po krótkiej sesji przed San Siro, w grupach udaliśmy się do centrum miasta- Duomo. Mi tuż po wyjściu z autokaru wpadła w oko cztero osobowa hiszpańska rodzinka ( dwoje rodziców z dziećmi w wieku może 5, 6 lat). Przyjechali oni autem prosto z Katalonii, każdy członek miał na sobie koszulkę Barcy, z nazwiskiem innego piłkarza na plecach.
Idąc kawałek pieszo zaczęliśmy czuć atmosferę spotkania. Okazało się, że połowa Mediolanu, ta czerwono- czarna ( fani AC Milanu) była całym sercem za naszą drużyną. Co kilka kroków fani rosso-nerrich pokrzykiwali w naszą stronę "vamos", "forca Barca" itp. itd.. Co ciekawe wśród wspierających nas były nawet 70 letnie babcie i dziadkowie... Atmosfera rosła z każdym wykonanym krokiem w stronę centrum, sami nie wytrzymaliśmy i postanowiliśmy, że dojedziemy metrem, w końcu żyjemy w Polsce, więc metro dla nas to atrakcja niemała ;).
Nasza podróż tym obcym dla nas Polaków środkiem transportu, zakończyła sie na stacji Duomo czyli w samym sercu Mediolanu. Wychodząc ze stacji metra, zaparło dech w piersiach po raz pierwszy... po lewej olbrzymia mediolańska katedra, po prawej słynny mediolański pasaż, z równie słynnymi butikami świata mody, a na wprost ogromny plac. Plac zamienił się w centrum przedmeczowego spotkania fanów Interu i Barcy. To co widziałem było dla mnie nie do ogarnięcia. Chwilę po rozgoszczeniu się na placu podeszło do nas (kręciłem sie po placu z kolegą ;)) dwóch fanów Interu i zaproponowało wspólne zdjecie... Niesamowite było to jak kibice obu drużyn, które za kilka godzin miały stanąć do walki o finał Champions League, zachowują się wobec siebie. Wspólne przyśpiewki, zero chamstwa i nadmiernej wrogości wobec siebie, wspólne żarty, wspólne zdjęcia, jedna wielka kolorowa fiesta niebiesko-czarnych i bordowo-garanatowych w mediolańskim cenrtum.
Czas mijał nieubłaganie szybko, około 20 minut rozmawiałem, z kibicem Interu, który przybył by wspierać swoją ekipę z... Malty. Rozmowa w miłej, zabawnej atmosferze, a maltański kibic Interu na koniec poprosił bym zadzwonił do Guardioli i powiedział mu, żeby Barca dała w końcu komuś coś wygrać. Tym zabawnym akcentem pożegnałem się z nowym kolegą, bo czekały na mnie kolejne ciekawe przygody... Udaliśmy się w końcu na włoską pizzę, restauracja, w samym centrum, chwilę po nas przybyło do niej czterech Katalończyków. Natychmiast rozwiesli duża flagę w barwach Blaugrana obok swojego stołu, po czym nawiazaliśmy kontakt i wspólnie dyskutując o naszym ukochanym klubie razem delektowaliśmy się włoską kuchnią. Tuż przed wyjściem podszedł do nas właściciel restauracji, jak się okazało fan Interu... poprosił nas abyśmy stanęli z nim do wspólnego zdjęcia pod katalońską flagą.
Miła sytuacja spotkała nas również chwilę później, w samym środku pasażu handlowego ponownie stanęliśmy do wspólnego zdjęcia z fanami Interu, tym razem stworzyliśmy nieco większa grupę ( w sumie było nas spokojnie ponad dwudziestu) i to chyba wzbudziło podziw turystów, którzy zbiegli sie wokół nas i zaczęli nam robić zdjęcia, jakby widzieli coś nadzwyczajnego w tym, że kibice, walczących o finał drużyn stoją ze sobą i pozują do wspólnego zdjęcia :) Chwilę po tym żuchwa opadła mi na podłożę kolejny raz. Gdzieś za plecami usłyszałem włoskie, damskie głosy, które z tego co udało mi się zrozumieć ( bo wypowiedziały kilka razy słowo Barca ;D ) coś tam szeptały między sobą o moim ukochanym klubie. Odwróciłem się i zobaczyłem 3 ( urodziwe :)) ) Włoszki, w wieku może 17-18 lat. Podstawowe pytanie, które musiałem im zadać brzmiało: "Inter or Milan"...a wszytskie trzy jak jeden mąż, odpowiedziały mi natychmiast "Inter!", więc był to najlepszy pretekst tego dnia by zrobić sobie z nimi wspólne zdjęcie.
Gdzieś po 16 zebrała się nas ( polskich fanów Barcy) większa grupka na trawniku w Duomo i siedząc tak przez kolejne chyba dwie godziny podziwialiśmy jak centrum Mediolanu żyło meczem. Ja kupiłem sobie wtorkowe wydanie " La Gazzetta dello sport". To, że pisana jest ona w języku włoskim w niczym mi nie przeszkadzało. Wszytsko za sprawą kibiców Interu, którzy szybko przetłumaczyli nam włoski na angielski.
Koło godziny 18 przyszedł czas by pożegnać się z Duomo. Poszliśmy na przystanek tramwajowy i po chwili z oddali widać było zbliżający się tramwaj z napisem "San Siro". Po wejściu czekała na nas grupa kibiców Interu, więc postanowiliśmy umilić sobie drogę wojną na przyśpiewki, co wyraźnie spodobało się bezstronnym osobom zasiadającym w tramwaju. Dojechaliśmy w końcu pod samo San Siro, które oblegane było już przez tysiące kibiców, trzymających wejściówki w rękach i czekających na otwarcie bram. My udaliśmy się do autokaru pozostawić zbędne rzeczy i wziąć bilety. Przez bramki przeszliśmy błyskawicznie i skierowano nas do jednej z kolumn, z których słynie San Siro, którą udaliśmy się na sam szczyt stadionu. O 18:30 byliśmy już wewnątrz San Siro, stadionu który dla wielu z nas był znany stylko ze zdjęć, przekazów telewizyjnych czy gier komputerowych. Atmosfera na tym 80cio tysięczniku rosła z minuty na minutę. Ja wyczekiwałem na moment kiedy po raz pierwszy zobacze swoich ulubieńców na własne oczy.
Gdzieś koło 20:00 na rozgrzewke wybiegli zawodnicy Barcy. Wszystko było dokładnie tak jak sobie to wymarzyłem kiedy byłem małym chłopcem. Nagle murawa opustoszała, spojrzałem na telebim, a na nim godzinę 20:38. 7 minut później moje marzenie się spełniło... piłkarze wyszli na murawę, rozbłysło dziesiątki tysięcy fleszy, wspaninała kartoniada mediolańskich fanów, podniosła się wrzawa i w końcu zabrzmiał hymn Champions League. Chwilę później sędzia zagwizdał po raz pierwszy i wtedy poczułem, że marzenie po 19 latach życia się spełniło.
Tego co działo się podczas meczu opisywać nie będę, bo jest to nie do opisania. Dla Włochów i Hiszpanów piłka nożna to wyraźnie coś ważniejszego niż religia. Wśród 80 tysiecy kibiców na San Siro, dostrzec było można fanów w różnych przedziałach wiekowych. Nie brakowało na trybunach wielu kobiet, dzieci, czy też babci i dziadków, którzy wspierali swoje drużyny, co dla nas w Polsce jest rzeczą niewyobrażalną. Cała atmosfera przed meczem na mediolańskim Duomo była fantastyczna, zero wrogości, wielki szacunek i wspólna zabawa fanów. Po końcowym gwiazdku, kiedy w pierwszym meczu rywalizacji o finał Barcelona poległa 3-1 pomyślałem sobie o hiszpańskiej czteroosobowej rodzinie, o której pisałem na początku. Przebyła ponad tysiąć kilometrów by zobaczyć ukochana drużynę w akcji. Pomyślałem sobie co czuli po tej porażce. Te tysiąc kilometrów przebyliśmy też my Polacy, oraz steki Katalończyków. Graczy Interu wspierali między innymi bliżej niezidentyfikowani z narodowści skośnoocy Azjaci czy też kolega z Malty. Kibicem piłki jestem od ponad 10 lat i byłem świadomy tego, że futbol to najpopularniejsza i najpiękniejsza dyscyplina sportu, która przyciąga za sobą tłumy. Wtorek 20.04 tylko mnie w tym przekonaniu utwierdził.